Размер шрифта:     
Гарнитура:GeorgiaVerdanaArial
Цвет фона:      
Режим чтения: F11  |  Добавить закладку: Ctrl+D
Следующая страница: Ctrl+→  |  Предыдущая страница: Ctrl+←
Показать все книги автора/авторов: Saramago JosГ©
 

«Historia oblД™Ејenia Lizbony», JosГ© Saramago

Иллюстрация к книге

PrzeЕ‚oЕјyЕ‚ Wojciech Charchalis

Dopóki nie posiądziesz prawdy, nie będziesz mógł jej poprawić. Jednakże nie posiądziesz jej, jeśli jej nie poprawisz. Tymczasem nie poddawaj się.

Z ksiД™gi porad

 

Redaktor powiedział, Tak, ten znak nazywa się deleatur, używamy go, kiedy musimy coś skasować i wymazać, informuje o tym samo słowo, które znajduje zastosowanie zarówno dla pojedynczych liter, jak i dla całych słów, Przypomina mi węża, który rozmyślił się na chwilę przed ugryzieniem własnego ogona, Dobrze pan to ujął, panie doktorze, rzeczywiście, bez względu na to, jak bardzo kocha się życie, nawet wąż zawaha się w obliczu wieczności, Proszę jeszcze raz narysować, wolniej, To bardzo proste, wystarczy trochę się wprawić, jak się patrzy nieuważnie, wydaje się, że ręka zamknie okrutne koło, ale nie, proszę zwrócić uwagę, że nie zakończyłem ruchu tam, gdzie go rozpocząłem, minąłem to miejsce od środka i teraz będę prowadził linię w dół, aż przetnę wewnętrzną część krzywej, w końcu rysunek przypomina zwykłą dużą literę Q, nic więcej, Szkoda, tak obiecująco się zapowiadał, Cieszmy się podobieństwem, jednak zaprawdę powiadam panu, panie doktorze, jak powiedzieliby biblijni prorocy, że życie zawsze stawało się bogatsze dzięki różnorodności, Cóż to ma wspólnego z korektą typograficzną, Panowie autorzy żyjecie na wysokościach, nie zużywacie waszej cennej wiedzy na sprawy trywialne i mało istotne, okaleczone litery, zamienione miejscami i odwrócone, jak zwykliśmy klasyfikować te defekty w czasach, gdy pisało się odręcznie, wtedy odmienność i defekt były tym samym, Przyznaję, że moje deleatury nie są tak dokładne, jeden gryzmoł wystarczy, zdaję się na bystrość typografów, tego plemienia z pobocznej, edypowej i słynnej linii aptekarzy, zdolnych do odcyfrowania nawet tego, co nie zostało napisane, A potem redaktorzy śpieszą rozwiązywać problemy, Jesteście naszymi aniołami stróżami, wam się powierzamy, pan na przykład przypomina moją dbałą matkę, która tak długo poprawiała mi przedziałek we włosach, aż wyglądał jak narysowany za pomocą linijki, Dziękuję za porównanie, ale jeśli pańska matka już umarła, lepiej by było, aby doskonalił się pan na własną rękę, zawsze nadchodzi taka chwila, kiedy trzeba poprawiać znacznie głębiej, Jeśli chodzi o poprawianie, sam to robię, największe trudności rozwiązuję szybko i skutecznie, pisząc jedno słowo na drugim, Zauważyłem, Proszę nie mówić tego takim tonem, robię, co mogę, a któż robi to, co może, Więcej się od pana nie wymaga, proszę pana, przede wszystkim, co zdaje się pana dotyczyć, kiedy nie czerpie się przyjemności z modyfikowania, nie zaznaje się rozkoszy w zmienianiu, wrażeniu ulepszania, Autorzy zawsze ulepszają, jesteśmy wiecznie niezadowoleni, Nie macie innego wyjścia, bo doskonałość mieszka tylko w królestwie niebieskim, lecz ulepszanie autorów jest problematyczne, zupełnie inne od tego naszego, Chce pan przez to powiedzieć, że klan redaktorów lubi to, co robi, Tak daleko nie odważę się pójść, to zależy od powołania, a redaktor z powołania jest osobliwością nieznaną, tym niemniej wydaje się dowiedzione, że w najgłębszych zakamarkach swoich dusz, my, redaktorzy, jesteśmy lubieżnikami, Tego jeszcze nie słyszałem, Każdy dzień przynosi radości i żale, a także pożyteczną lekcję, Czy mówi pan z własnego doświadczenia, Chodzi panu o lekcję, Chodzi mi o lubieżność, Oczywiście, że przemawia przeze mnie doświadczenie, jakieś doświadczenia muszę mieć, nie uważa pan, ale w równym stopniu skorzystałem z obserwacji innych ludzi, co jest nie mniej budującą lekcją moralną, Pewni autorzy z przeszłości, gdyby ich oceniać według tego pańskiego kryterium, byliby ludźmi z gatunku znakomitych redaktorów, pamiętam poprawki wprowadzone przez Balzaca, pirotechniczne rozbłyski skreśleń i uzupełnień, To samo robił nasz krajowy Eca, nie pomijajmy ojczystego przykładu, Teraz przyszło mi do głowy, że zarówno Eca, jak i Balzac w dzisiejszych czasach czuliby się najszczęśliwszymi z ludzi, mogąc dowolnie wstawiać, przenosić, wycinać linie, zmieniać rozdziały przed ekranem komputera, A my, czytelnicy, nigdy nie dowiedzielibyśmy się, po jakich drogach chadzali i na jakich bezdrożach się gubili, zanim nie osiągnęli ostatecznej formy, jeżeli coś takiego w ogóle istnieje, Dobrze, dobrze, najważniejszy jest wynik, nic nie wnosi wiedza o próbach i wahaniach Camóesa i Dantego, Pan doktor jest człowiekiem praktycznym, nowoczesnym, pan już żyje w dwudziestym drugim wieku, Niech pan powie, inne znaki też mają łacińskie nazwy, jak deleatur, Czy je mają albo miały, tego nie wiem, nie jestem wykształcony, może były tak trudne do wymówienia, że uległy zapomnieniu, W nocy dziejów, Proszę mi wybaczyć, ale ja nie użyłbym tego zwrotu, Pewnie dlatego, że jest to komunał, W żadnym razie, komunały, utarte zwroty, powiedzonka, truizmy, frazesy, maksymy z almanachów, porzekadła i przysłowia, wszystko może objawić się jako nowość, sprawą zasadniczą jest tylko umiejętność odpowiedniego manipulowania słowami stojącymi przed nimi i po nich, Dlaczegóż więc nie powiedziałby pan noc dziejów, Bo dzieje przestały być nocą samych siebie, kiedy ludzie zaczęli pisać albo ulepszać, powtórzę, co jest dziełem większej subtelności i znakiem przemiany, Podoba mi się to zdanie, Mnie też, zwłaszcza że wypowiadam je po raz pierwszy, za drugim razem nie będzie już takie dobre, Zmieni się w komunał, Albo w top, co jest słowem uczonym, Dostrzegam w pańskich słowach swego rodzaju sceptyczną gorycz, Widzę ją raczej jako gorzki sceptycyzm, Gdy mówi się jedno, mówi się też i drugie, Ale to nie znaczy to samo, autorzy zwykle mają ucho wyczulone na te różnice, Może rogowacieją mi bębenki, Przepraszam, to nie było zamierzone, Nie jestem drażliwy, na początek niech mi pan lepiej powie, dlaczego czuje się taki zgorzkniały albo sceptyczny, jak pan chce, Niech pan spojrzy, panie doktorze, na codzienne życie redaktorów, niech pan pomyśli, jaką tragedią jest obowiązek czytania raz, dwa, trzy albo cztery, albo pięć razy, książek, które, prawdopodobnie nie zasługiwałyby nawet na jednokrotne czytanie, Niech zostanie odnotowane, że to nie ja wygłosiłem tak poważne słowa, doskonale wiem, jakie miejsce zajmuję w środowisku literackim, mogę być lubieżnikiem, przyznaję, ale pełnym szacunku, Nie widzę w tym nic strasznego, raczej wydawało mi się to logicznym dokończeniem pańskiego zdania, to elokwentne zawieszenie głosu, chociaż nie było słychać wielokropka, Jeśli chce się pan dowiedzieć, niech pan zagadnie autorów, sprowokuje ich połową mojego zdania i połową swojego, a zobaczy pan, jak mu odpowiedzą słynną anegdotą o Apellesie i szewcu, kiedy to robotnik najpierw wskazał na błąd w wykonaniu sandała jednej z postaci, a później, gdy stwierdził, że artysta poprawił usterkę, odważył się zabrać głos w sprawie anatomii kolana, Wtedy Apelles, wściekły na impertynenta, powiedział mu, Szewcze, trzymaj się kopyta, zdanie historyczne, Nikt nie lubi, żeby mu zaglądać przez mur ogrodu, W tym wypadku Apelles miał rację, Może, ale tylko do czasu, kiedy przyszedł oglądać obraz uczony anatom, Zdecydowanie jest pan sceptykiem, Wszyscy autorzy są Apellesami, ale pokusa szewca jest najbardziej powszechną pośród ludzi, cóż, tylko redaktor nauczył się, że poprawianie jest jedyną pracą na świecie, która nigdy się nie skończy, Wiele razy czuł pan pokusę szewca, poprawiając moją książkę, Z wiekiem nabywamy dobrego nawyku, który jest złym nawykiem, uspokajamy się i nasze pokusy też zostają uspokojone, nawet kiedy są naglące, stają się mniej pilne, Innymi słowy, widzi pan usterkę kopyta, ale milczy pan, Nie, błąd, który przepuszczam, to błąd kolana, Podoba się panu książka, Podoba, Powiedział pan to z mizernym entuzjazmem, Nie zauważyłem go też w pańskim pytaniu, To kwestia taktyki, autor, choćby wiele go to miało kosztować, powinien okazywać choć trochę skromności, Redaktor zawsze musi być skromny, a jeśli pewnego dnia był nieskromny, tym samym zobowiązuje go to, jako człowieka, do bycia w pełni doskonałym, Nie przejrzał pan tego zdania, trzy razy słowo być jednym tchem, to niewybaczalne, niech pan przyzna, Niech pan zostawi kopyto, w mowie wszystko uchodzi, To fakt, ale nie wybaczę panu skąpstwa opinii, Przypominam panu, że redaktorzy to ludzie wstrzemięźliwi, wiele już widzieli w życiu i literaturze, Moja książka, przypomnę panu, jest historyczna, W rzeczy samej, tak by ją określono według tradycyjnej klasyfikacji gatunków, jednakże, choć nie jest moim celem wytykanie innych sprzeczności, według mojej skromnej opinii, panie doktorze, wszystko, co nie jest życiem, jest literaturą, Historia też, Historia przede wszystkim, bez obrazy, I malarstwo, i muzyka, Muzyka stawia opór od swojego powstania, czasem przychodzi, czasem odchodzi, chce uwolnić się od słowa, przypuszczam, że z zazdrości, ale zawsze z powrotem staje się posłuszna, A malarstwo, Cóż, malarstwo to nic innego jak literatura tworzona pędzlem, Mam nadzieję, że nie zapomniał pan, iż ludzkość zaczęła malować na długo przed wynalezieniem pisma, Zna pan powiedzonko, na bezrybiu i rak ryba, innymi słowy, kto nie może pisać, maluje albo rysuje, tak robią dzieci, Chce pan powiedzieć, innymi słowy, że literatura istniała, zanim się narodziła, Tak, proszę pana, tak jak człowiek, innymi słowy, zanim stał się, już był, Dość oryginalny punkt widzenia, Niezupełnie, panie doktorze, dawno temu król Salomon stwierdził, że nie ma nic nowego pod słońcem, cóż, już w tak zamierzchłych czasach to przyznawano, co mamy powiedzieć teraz, po upływie trzydziestu wieków, o ile dobrze pamiętam to, co przeczytałem w encyklopedii, To zdumiewające, ja, zapytany nagle, nie przypomniałbym sobie, że to było przed tyloma laty, a przecież jestem historykiem, Tak to już jest z tym czasem, biegnie, a my tego nie zauważamy, człowiek chodzi zajęty swymi codziennymi sprawami, aż tu nagle dochodzi do siebie i wykrzykuje, Mój Boże, jak ten czas leci, tak niedawno król Salomon jeszcze żył, a to już trzy tysiące lat, Zdaje się, że pan minął się z powołaniem, powinien był pan raczej zostać filozofem albo historykiem, ma pan swadę i wygląd pożądany w tych dyscyplinach, Brak mi przygotowania, panie doktorze, czegóż może dokonać zwykły człowiek bez odpowiedniego przygotowania, i tak miałem dużo szczęścia, że przyszedłem na świat z uporządkowanymi genami, lecz, jakby to powiedzieć, w stanie surowym, a potem nie wypolerowano mnie więcej, tylko pierwsze klasy, które zostały ostatnimi, Mógłby się pan przedstawić jako samouk, produkt pańskiego własnego, szlachetnego wysiłku, to żaden wstyd, dawniej społeczeństwo szczyciło się samoukami, To poszło w zapomnienie, przyszedł postęp i położył temu kres, samoucy nie są dobrze widziani, tylko ci, którzy piszą wiersze i historie dla zabawy, mają przyzwolenie dla swej egzystencji, dla dalszego bycia samoukami, mają szczęście, ale ja, muszę się panu przyznać, nigdy nie miałem żyłki do twórczości literackiej, Niech się pan weźmie do filozofii, Pan doktor jest humorystą o wyrafinowanym dowcipie, znakomicie opanował pan sztukę posługiwania się ironią, aż zadaję sobie pytanie, jak to się stało, że zajął się pan historią, skoro jest ona poważną i głęboką nauką, Jestem ironiczny tylko w prawdziwym życiu, A więc dobrze mi się wydawało, że historia nie jest prawdziwym życiem, lecz literaturą, i niczym więcej, Ale historia była prawdziwym życiem w czasach, kiedy jeszcze nie mogła nazywać się historią, Jest pan pewien, panie doktorze, Wie pan co, naprawdę jest pan znakiem zapytania z nogami i rękami, Brak mi więc tylko głowy, Wszystko w swoim czasie, mózg został wymyślony jako ostatni, Pan doktor jest człowiekiem uczonym, Drogi przyjacielu, proszę nie przesadzać, Chce pan zobaczyć ostatnie poprawki, Nie warto, poprawki autorskie już zrobiłem, cała reszta to rutyna, zostawiam to panu, Dziękuję za zaufanie, Pan na nie zasłużył, A więc pan doktor uważa, że historia i prawdziwe życie, Tak uważam, Chcę powiedzieć, że historia była prawdziwym życiem, Nie ma najmniejszej wątpliwości, Co by z nami było, gdyby nie istniało deleatur, westchnął redaktor.

 

Kiedy jedynie spojrzenie tysiąc razy bardziej przenikliwe niż może nam dać natura potrafiło odróżnić na wschodzie pierwszy znak oddzielający noc od świtu, almuadem się obudził. Zawsze się budził o tej godzinie, według słońca, bez względu na to, czy było lato czy zima, i nie potrzebował żadnego urządzenia mierzącego czas, nic ponad nieskończenie mały poblask w ciemności pokoju, przeczucie światła, niemal wyczute na czole, jak słaby podmuch przesuwający się po brwiach albo pierwsza i prawie nieuchwytna pieszczota, która, z tego co wiadomo albo w co się wierzy, jest sztuką znaną wyłącznie pięknym hurysom, oczekującym na wiernych w raju Mahometa i ich nie wyjawionym do dziś sekretem. Sekretem oraz cudem, jeśli nie nieprzeniknioną tajemnicą, jest także ich zdolność odnawiania dziewictwa zaraz po tym, jak je tracą, co najwyraźniej jest najwyższym szczęściem w życiu wiecznym i co ostatecznie dowodzi, że śmierć nie kładzie kresu tym czy owym zajęciom, jest tylko granica, za którą nie ma już więcej niezasłużonego cierpienia. Almuadem nie otworzył oczu. Mógł jeszcze poleżeć przez chwilę, kiedy słońce bardzo powoli zbliżało się do ziemskiego horyzontu, tak jeszcze jednak odległe, że żaden kogut w mieście nie podniósł głowy, aby sprawdzić ruchy poranka. To prawda, że zaszczekał pies, bezowocnie, bo inne spały, śniąc może, że we śnie szczekają. To sen, myślały, i dalej spały, otoczone światem bez wątpienia pełnym drażniących zapachów, ale żaden z nich nie był tak istotny, by spowodować natychmiastowe przebudzenie, jak niemożliwy do pomylenia z niczym innym zapach zagrożenia albo strachu, żeby dać chociaż te podstawowe przykłady. Almuadem wstał w ciemności, po omacku odnalazł ubranie, które w końcu włożył, i wyszedł z pokoju. Meczet był pogrążony w ciszy, jedynie niepewne kroki odbijały się echem pod arkadami, przesuwał ostrożnie stopy, jakby się bał, że połknie go podłoga. O żadnej innej porze dnia ani nocy nie odnosił takiego wrażenia, nie odczuwał tego niemal niedostrzegalnego niepokoju, jedynie o poranku, wtedy gdy miał właśnie wspiąć się po schodach almadeny, aby zwołać wiernych na pierwszą modlitwę. Zabobonne skrupuły przedstawiały mu w wyobraźni jego wielką winę, której skutki spadną na niego, gdy okaże się, że mieszkańcy będą jeszcze spać, kiedy słońce stanie już nad rzeką, i będą się budzić kuksańcami, oszołomieni jasnym światłem, będą krzyczeć, gdzie jest almuadem, który nie zawołał o odpowiedniej godzinie, ktoś bardziej miłosierny powiedziałby, Może na swoje nieszczęście zachorował, a nie była to prawda, zniknął, tak, przepadł na zawsze, zabrany do wnętrza ziemi przez dżina ciemności. Ciężko było wejść po spiralnych schodach, do tego ten almuadem był już stary, szczęśliwie nie trzeba było zawiązywać mu oczu, jak to się robi mułom, aby nie dostawał zawrotu głowy. Gdy dotarł na szczyt, poczuł na twarzy świeżość poranka i drżenie światła brzasku, jeszcze żadnego koloru, bo nie może go mieć ta czysta jasność poprzedzająca dzień i muskająca skórę delikatnym dreszczem, jakby niewidzialnymi palcami, niezwykłe to wrażenie, każące się zastanowić, czy traktowane z niedowierzaniem boskie dzieło stworzenia nie jest przypadkiem, ku upokorzeniu sceptyków i ateistów, ironicznym faktem historycznym. Almuadem powoli przeciągnął dłonią wzdłuż kolistego parapetu, aż odnalazł wyryty w kamieniu znak wskazujący kierunek Mekki, świętego miasta. Był przygotowany. Jeszcze kilka chwil, aby dać słońcu czas na wychylenie z balkonów ziemi swej pierwszej aureoli, a także by uczynić głos czystym, bo biegłość proklamacyjna almuadema musi być niepodważalna już przy pierwszym krzyku i w nim musi się objawić, a nie wtedy, gdy gardło już się osłodziło pracą przemawiania i pociechą jadła. U stóp almuadema rozciąga się miasto, poniżej rzeka, wszystko jeszcze śpi, lecz niecierpliwie. Poranek zaczyna się przesuwać ponad domami, lustro wody staje się zwierciadłem niebios, i wtedy almuadem głęboko wciąga powietrze i krzyczy, bardzo przenikliwie, Allach akbar, obwieszczając powietrzu ponad wszystko wielkość Boga, powtarzając, tak jak będzie krzyczał i powtarzał następne formuły, w ekstatycznym śpiewie, biorąc świat na świadka, że nie ma Boga nad Allacha i że Mahomet jest wysłannikiem Allacha, a obwieściwszy te podstawowe prawdy, wykrzykuje modlitwę, Przyjdźcie na azalá, lecz ponieważ człowiek ma leniwą naturę, choć wierzy w moc Tego, który nigdy nie śpi, almuadem miłosiernie upomina tych, którym powieki jeszcze ciążą, Modlitwa jest lepsza niż sen, As-salatu jayrun min an-nawn, dla tych, co rozumieją ten język, wreszcie zakończył, wołając, że Allach jest jedynym Bogiem, La ilaha illa llah, ale teraz tylko jeden raz, wystarczy, gdy chodzi o prawdy ostateczne. Miasto szepcze modlitwy, słońce pokazało się i zalało światłem tarasy, niedługo na patiach pojawią się mieszkańcy. Almadena jest skąpana w słońcu. Almuadem jest ślepy.

Nie tak opisał to historyk w swojej książce. Wspomniał jedynie, że muezin wspiął się na minaret i stamtąd zwołał mieszkańców na modlitwę w meczecie. Nie troszczył się o okoliczności: czy był poranek, czy południe, czy zachód słońca, bo według niego z pewnością ten bagatelny drobiazg nie ma znaczenia dla historii, chodzi o to, żeby czytelnik się dowiedział, że autor ma o tamtych czasach wiedzę wystarczającą, by wspomnieć je w sposób odpowiedzialny. I za to powinniśmy mu być wdzięczni, bo jego temat, wojna i oblężenie, a więc męstwo wyższego rzędu, doskonale obejdzie się bez modlitewnych wtrętów, najbardziej delikatnych ze wszystkich możliwych rzeczy, bo ten, kto się modli, poddaje się bez walki i jest pokonany na zawsze. Chociaż, aby nie zostawiać na boku, bez rozważenia tego, co sprzeciwia się wspomnianej opozycji modlitwy i wojny, można już tu wspomnieć, skoro minęło tak niewiele czasu i żywi świadkowie jeszcze mają się świetnie, można wspomnieć, powtórzmy raz jeszcze, ów przesławny cud z Ourique, kiedy to Chrystus ukazał się portugalskiemu królowi, a ten krzyknął do niego w obecności klęczącego wojska, Niechaj Cię ujrzą pogańscy żołnierze, nie ja, o Panie, ja w Twoją moc wierzę, ale Chrystus nie chciał objawić się Maurom, a szkoda, bo miast okrutnej bitwy moglibyśmy dzisiaj przeczytać w annałach o cudownym nawróceniu się stu pięćdziesięciu tysięcy barbarzyńców, którzy w rzeczywistości utracili życie, a to wszak marnotrawstwo wołające o pomstę do nieba. Tak już jest, nie można uniknąć wszystkiego, zawsze jesteśmy gotowi udzielać Bogu dobrych rad, ale przeznaczenie rządzi się własnymi, nieugiętymi prawami i jakżeż często przynosi ono niespodziewane rezultaty artystycznej natury, jak ten, że Camões wykorzystał zapalczywy okrzyk, zapisując go dokładnie tak, w dwóch nieśmiertelnych wersach. To prawda, że w naturze nic nie powstaje i nic nie ginie, wszystko da się wykorzystać.

Dobre to były czasy, kiedy aby coś dostać, musieliśmy tylko poprosić, używając odpowiednich słów, nawet w trudnych sytuacjach, kiedy pacjent nie miał już złudzeń ani nadziei na wyzdrowienie. Przykładem tego jest wspomniany król, który urodziwszy się ze skurczonymi albo, mówiąc dzisiejszym językiem, rachitycznymi nogami, został wyleczony w nieprawdopodobny sposób, bez udziału żadnego lekarza, a jeśli jakiś próbował go leczyć, czynił to bezskutecznie. A nawet, z pewnością dlatego, że był osobą predestynowaną do tronu, nie ma dowodów na to, iż trzeba było naprzykrzać się wielkim mocom, o Dziewicę i o Pana nam chodzi, a nie szósty chór aniołów, aby dokonało się zbawienne dzieło, któremu Portugalia być może zawdzięcza niepodległość. Zdarzyło się bowiem, iż śpiąc w swym łożu, dom Egas Moniz, piastun młodego Alfonsa, miał wizję Maryi, która przemówiła, dom Egas Moniz, śpisz, a on, nie wiedząc, na jawie czy we śnie, dla pewności zapytał, Pani, kim jesteś, ona odpowiedziała grzecznie, Jam jest Dziewica i rozkazuję ci, byś udał się do Carquere w prowincji Resende i byś kopał w tym miejscu, a kościół najdziesz, co w innych czasach wzniesiony został ku chwale mojej, i odnajdziesz tam obraz mój, napraw go, bo zaiste w potrzebie jest po smutnym porzuceniu, po czem czuwać przy nim będziesz, i chłopca na ołtarzu złożysz, a wiedz, że w chwili owej ozdrowieje on i zostanie wyleczony, i strzeż go dobrze od tej chwili, bo wiem, że Syn mój w zamyśle swoim przeznaczył go do unicestwienia wrogów wiary, a jasną jest rzeczą, że z tymi krótkimi nogami dokonać tego niepodobna. Dom Egas Moniz obudził się jako najszczęśliwszy z ludzi, zebrał drużynę i, dosiadłszy muła, udał się do Carquere i nakazał kopać w miejscu wskazanym przez Dziewicę, i naprawdę był tam kościół, ale to my się dziwimy, nie oni, bo w tamtych błogosławionych czasach nigdy nie były bezpodstawne ani oszukańcze przestrogi z góry. Prawdą jest, że dom Egas Moniz nie wypełnił dokładnie zaleceń Dziewicy, bo wyraźnie zostało mu nakazane, by zaczął kopać, przez co my rozumiemy, że własnymi rękoma, i proszę, co zrobił, oto rozkazał, by inni kopali, pewnie chłopi pańszczyźniani, już w tamtych czasach istniały nierówności społeczne. Dziękujemy Dziewicy za to, że nie jest małostkowa w takim stopniu, by ponownie skurczyć nogi małego Alfonsa, bo tak jak istnieją cuda na dobre, również widziano cuda na złe, świadczą o tym owe nieszczęsne świnie z Pisma, które rzuciły się w przepaść, kiedy dobry Jezus umieścił w ich ciałach demony niepokojące dobrego człowieka, w wyniku czego biedne zwierzęta poniosły męczeńską śmierć, a z tego, co wiadomo, nie umarł żaden ze zbuntowanych aniołów, przemienionych potem w diabły, choć znacznie większy był pewnie ich upadek, Bóg Pan Nasz lekkomyślnie zaprzepaścił okazję skończenia z całym ich rodem raz na zawsze, oby nie pożałował tego pewnego dnia, kiedy będzie już za późno, przysłowie przestrzega, Kto swego wroga oszczędza, z jego ręki ginie. Mimo to jeśli w tej nieszczęsnej chwili będzie miał czas, by wspomnieć przeszłe życie, miejmy nadzieję, że zajaśnieje Mu w duszy światełko i będzie mógł zrozumieć, iż powinien był oszczędzić nam wszystkim, biednym świniom i ludziom, tych nałogów, grzechów i cierpień niezadowolenia, które są, jak się mówi, dziełem i znakiem Złego. Jesteśmy jak rozpalone żelazo między młotem i kowadłem, uderzane tak długo, aż zgaśnie.

Świętej historii, jak na razie, mamy aż nadto. Dobrze byłoby się dowiedzieć, kto napisał opowiadanie o tym pięknym przebudzeniu almuadema w Lizbonie o poranku, z tak wieloma realistycznymi szczegółami, że zdaje się ono dziełem świadka lub co najmniej zręczną adaptacją jakiegoś współczesnego dokumentu, niekoniecznie odnoszącego się do Lizbony, bo, prawdę powiedziawszy, potrzebne było tylko miasto, rzeka i jasny poranek, kompozycja ponad wszystko banalna, jak wiemy. Odpowiedź jest zdumiewająca, nikt bowiem tego nie napisał, choć wydaje się, że tak, wszystko było zaledwie niejasnymi myślami w głowie redaktora, poprawiającego i ulepszającego to, co w tajemniczy sposób umknęło mu przy pierwszym i drugim czytaniu. Redaktor ma tę wybitną zdolność dzielenia uwagi, rysuje deleatur albo wstawia bezdyskusyjny przecinek, a jednocześnie, proszę o zaakceptowanie neologizmu, heteronimizuje się, potrafi podążać szlakiem wytyczonym przez obraz, porównanie, metaforę, nierzadko prosty dźwięk słowa powtórzonego po cichu prowadzi go, przez skojarzenie, do stworzenia polifonicznych konstrukcji słownych, przemieniających jego mały gabinet w przestrzeń rozmnożoną sama sobą, nawet jeśli bardzo trudno wyjaśnić, przełożyć na język potoczny, cóż takiego miałoby to znaczyć. Wydało mu się, że za mało przekazał historyk, mówiąc o muezinie i minarecie jedynie po to, by wprowadzić, jeżeli dopuszczalne są zuchwałe oceny, odrobinę lokalnego kolorytu i posmaku historycznego we wrażym obozowisku, niedokładność semantyczna, którą należy niezwłocznie poprawić, wszak obozowisko należy do oblegających, a nie do obleganych, którzy na razie wygodnie zamieszkują miasto, będące, z wyjątkiem krótkich przerw, ich własnością od roku siedemset czternastego, zgodnie z obliczeniami chrześcijan, według Maurów jest inaczej, jak wiadomo. Tę poprawkę poczynił sam redaktor, którego wiedza dotycząca kalendarza jest bardziej niż satysfakcjonująca i wie on, iż hidżra rozpoczęła się, według Sztuki Sprawdzania Dat, niezastąpionego dzieła, dnia szesnastego lipca roku sześćset dwudziestego drugiego po Chrystusie, w skrócie AD, pamięta też, że skoro chodzi o lata muzułmańskie, obliczane według księżyca, a więc krótsze niż mierzone według słońca lata chrześcijańskie, zawsze należy odjąć trzy lata na każdy wiek. Dobry byłby ten redaktor, taki skrupulatny, gdyby potrafił podciąć skrzydła owym rozmyślaniom ze skłonnościami do konfabulacji czasem nieodpowiedzialnej, w tym jednak miejscu popełnił grzech uproszczenia, popełniając oczywiste błędy i wygłaszając wątpliwe stwierdzenia, mamy podejrzenia co do trzech błędów, które po sprawdzeniu dowodzą, że w żadnym razie nie miał racji historyk, gdy poradził lekko, by redaktor poświęcił się historii. Co do filozofii, uchowaj nas Boże.

Pierwszym podejrzanym punktem, według odwróconej chronologii opowiadania, jest niezwykła myśl, że istnieją na parapetach almaden znaki, prawdopodobnie w formie strzałek, wyryte w kamieniu wskazujące kierunek Mekki. Bez względu na to, jak bardzo byłaby w owej epoce zaawansowana wiedza geograficzna i miernicza Arabów i innych Maurów, trudno uwierzyć, by potrafili z sugerowaną tu dokładnością określić pozycję jakiejś Kaaby na powierzchni planety, gdzie wyjątkowo roi się od kamieni, jednych bardziej świętych od innych. Wszystkie czynności tego rodzaju, czy to ukłony, czy przyklękiwanie lub spoglądanie w górę albo w dół, robi się w przybliżeniu, na czują, jeśli możemy pozwolić sobie na użycie tutaj wędkarskiego języka, ważne jest w końcu tylko to, że Bóg i Allach potrafią czytać w sercach i wybaczą nam, że przez niewiedzę odwróciliśmy się do nich plecami, a kiedy mówimy niewiedza, może chodzić zarówno o naszą własną, jak i ich ignorancję, bo nie zawsze są tam, gdzie obiecali być. Redaktor jest człowiekiem naszych czasów, przyzwyczajono go bezwzględnie ufać znakom drogowym, nic dziwnego, że uległ anachronicznej pokusie, może rozbudzonej przypływem miłosierdzia, jeśli wspomni się ślepotę almuadema. Powszechnie wiadomo, że podatność na plamienie nie zależy od jakości materiału, mówi się nawet, że plama robi się na najlepszym z materiałów, a także skoro się powiedziało a, trzeba powiedzieć be, mamy więc tu drugi błąd, owszem, bardzo poważny, bo skłoniłby czytelnika, gdyby historia została spisana, a szczęśliwie nie jest, do przyjęcia, jako poprawnego i zgodnego z wiedzą o życiu muzułmanów, opisu czynności almuadema po przebudzeniu. Jest błąd, powiadamy, bo muezin, słowo to jest preferowane przez historyka, nie poprzedził zwołania wiernych na modlitwę rytualnymi ablucjami, postrzegając siebie jako człowieka znajdującego się w stanie nieczystości, nieprawdopodobna to sytuacja, jeśli zważymy, jak blisko jeszcze jesteśmy w czasie od pierwszego źródła islamu, cztery wieki z hakiem, a więc, by tak rzec, jeszcze w kolebce. Dopiero w przyszłości nie zabraknie rozluźnienia, udawanych postów, wątpliwej interpretacji zasad, które zdają się jasne, bo nie ma nic, co męczyłoby ludzi bardziej niż ścisłe przestrzeganie zasad, zanim ciało ulegnie, duch już osłabnie, ale jemu nikt nie ma za złe, obrzucają inwektywami to drugie, obrażają i spotwarzają. Teraz jeszcze żyje się w epoce pełnej wiary, almuadem byłby ostatnim z ludzi, który odważyłby się wejść na almadenę, nie wnosząc ze sobą czystego serca i umytych rąk, i w ten sposób uwalnia się go od winy, którą z taką lekkością obciążył go redaktor. Pomimo zawodowej kompetencji, jaką wykazał się w rozmowie z historykiem, co mieliśmy okazję usłyszeć, czas już wprowadzić pierwszą wątpliwość co do konsekwencji zaufania, jakie w nim pokłada autor Historii oblężenia Lizbony, może wskutek zmęczenia, opieszałości albo niepokoju spowodowanego zbliżającą się podróżą zgodził się, żeby ostatnie czytanie było wyłącznie zadaniem technika od deleaturów, bez nadzoru. Drżymy na samą myśl, że ten opis poranka almuadema mógłby rzeczywiście znaleźć się, cóż za nadużycie, w naukowym tekście autora, jako owoc jego wytrwałych studiów, głębokich badań, szczegółowych porównań. Powątpiewa się na przykład, mimo że nigdy nie za wiele przezorności w wątpieniu, że autor wspomniał w swoim opowiadaniu psy i odgłosy szczekania, jako że wie on, iż pies jest dla Arabów zwierzęciem nieczystym, tak samo jak świnia, jest więc dowodem szokującej ignorancji przypuszczenie, że Maurowie z Lizbony, tak gorliwi, mieszkaliby drzwi w drzwi z psiarnią. Chlew tuż przy domu i buda z brytanem albo koszyczek dla domowego psiaka są wymysłami chrześcijańskimi, nie przez przypadek muzułmanie nazywają psami wojowników krzyża, a i tak dobrze, że nie zwą ich świniami, przynajmniej nic na ten temat nie wiadomo. Jeśli rzeczywiście tak jest, przykro nam, rzecz jasna, że nie możemy więcej liczyć na przyjemne szczekanie psa do księżyca albo drapanie ucha umęczonego przez kleszcze, ale prawda, jeżeli w końcu ją posiądziemy, musi zawsze znaleźć się ponad wszystkimi innymi względami, czy to za, czy przeciw, w związku z czym powinniśmy już teraz uznać za niebyłe słowa przedstawiające ostatni pokojowy poranek w Lizbonie, gdybyśmy nie wiedzieli, że ten fałszywy dyskurs, choć logiczny, co jest największym niebezpieczeństwem, nie opuścił nigdy głowy redaktora, raczej nie był niczym więcej jak godnym śmiechu fabularnym urojeniem.

Zostało więc dowiedzione, że redaktor popełnił błąd, a jeśli nie popełnił błędu, pomylił się, a jeśli się nie pomylił, wymyślił sobie, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie popełnił błędu, nie pomylił się ani niczego sobie nie wymyślił. Błądzenie, powiedział ten, kto wiedział, jest rzeczą ludzką, co oznacza, jeśli nie jest błędem dosłowne odczytywanie zdania, że nie byłby prawdziwym człowiekiem ten, który by nigdy nie błądził. Jednakże powyższa maksyma nie może zostać uznana za uniwersalne usprawiedliwienie, które wszystkich nas uwolniłoby od kulawych osądów i chromych opinii. Kto nie wie, powinien zapytać, powinien mieć tyle skromności, i redaktor również powinien mieć podstawowe zabezpieczenie, szczególnie że nie musiałby nawet wychodzić z domu, z gabinetu, w którym obecnie pracuje, bo nie brak tu książek, które oświeciłyby go, gdyby starczyło mu doświadczenia i roztropności, by nie wierzyć ślepo w to, co wydaje mu się, że wie, bo z tego rodzą się znacznie gorsze pomyłki, nie z niewiedzy. Na tych uginających się pod ciężarem książek półkach tysiące tysięcy stron czekają na iskrę zapalną ciekawości albo na ostre światło, którym zawsze jest wątpliwość, poszukująca dla siebie wyjaśnienia. Dodajmy jednakże w imieniu redaktora, że choć przez całe życie zebrał mnóstwo różnorodnych źródeł informacji, jeden rzut oka pozwoli nam stwierdzić, iż w jego archiwum brak informatyki, pieniędzy, niestety, nie starcza na wszystko, a ta profesja, czas to powiedzieć, należy do najgorzej płatnych na świecie. Kiedyś, lecz Allach jest większy, każdy redaktor będzie miał do swej dyspozycji terminal komputera, który będzie go łączył, dzień i noc, jak pępowina, z centralną bazą danych, miejmy jedynie nadzieję, on i my, że do tych danych zawierających kompletną wiedzę nie zakradnie się kuszący błąd, jak diabeł do klasztoru.

Jakkolwiek by było, dopóki nie nastanie ten dzień, mamy tutaj książki, jak pulsującą galaktykę, a zawarte w nich słowa są pyłem kosmicznym unoszącym się w powietrzu w oczekiwaniu na spojrzenie, które przyporządkuje im jakiś desygnat albo odnajdzie w nich jakieś nowe znaczenie, bo tak właśnie zmieniają się wyjaśnienia wszechświata, także wyroki, które wcześniej wydawały się niepodważalne, otrzymują nagle nową interpretację, możliwość zaistnienia ukrytej sprzeczności, oczywistości własnego błędu. Tutaj, w tym gabinecie, gdzie prawda nie może być niczym więcej jak twarzą nakładaną na różne nieprzeliczone maski, znajdują się zwyczajowe słowniki języka i słownictwa, Morais i Aurelio, Moreno i Torrinhe, kilka gramatyk, Podręcznik doskonałego redaktora, vademecum profesji, lecz znajdują się też historie sztuki, świata ogólnie, Rzymian, Persów, Greków, Chińczyków, Arabów, Słowian, Portugalczyków, cóż, prawie wszystkich ludów lub narodów, i historie nauki, literatur, muzyki, religii, filozofii, cywilizacji, mały Larousse, skrócony Quillet, zwięzły Robert, Encyklopedia polityki, Luzo-Brasileira, Britannica, niepełna, Słownik historii i geografii, wielki atlas tych dziedzin, atlas Joao Soaresa, dawny, Annały historyczne, Słownik współczesnych, Słownik biograficzny, Podręcznik księgarza, Słownik bajek, Biografia mitologiczna, Bibliotheca Lusitana, Słownik geografii porównawczej, starożytnej, średniowiecznej i nowożytnej, Atlas historyczny studiów współczesnych, Słownik nauk humaniatycznych, sztuk pięknych i nauk moralnych i politycznych i, aby zakończyć nie spis powszechny, lecz to, co bardziej rzuca się w oczy, Wielki słownik biografii i historii, mitologii, geografii staro- i nowożytnej, starożytności i instytucji greckich, rzymskich, francuskich i zagranicznych, by nie zapomnieć o Słowniku dziwności, rzeczy nieprawdopodobnych i ciekawostek, gdzie, zaskakujący zbieg okoliczności, który świetnie nam tu pasuje, przytacza się jako przykład błędu stwierdzenie uczonego Arystotelesa, że mucha domowa ma cztery nogi, redukcję arytmetyczną, którą następni autorzy powtarzali przez wieki wieków, kiedy już nawet dzieci wiedziały, dzięki okrucieństwu i eksperymentom, że mucha ma sześć nóg, bo wszak od czasów Arystotelesa je muchom urywały, lubieżnie licząc, jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, lecz te same dzieci, kiedy wyrosły i czytały uczoną grekę, mówiły jedno do drugiego, Mucha ma cztery nogi, tyle może zdziałać mistrzowski autorytet, tak oto cierpi prawda na skutek nauk, które nam dają.

Ta niespodziewana inwazja poza granice entomologii pokazuje nam w sposób niezbity, że źródłem błędów zarzucanych redaktorowi była jedna z tych książek, które powtarzają bez sprawdzania dzieła starsze, a skoro tak jest, żałujemy, że stał się on niewinną ofiarą własnej łatwowierności i cudzego błędu. Prawdą jest, że przejawiając taką wyrozumiałość, moglibyśmy ponownie ulec pokusie powszechnego usprawiedliwienia, czego już raz doświadczyliśmy, lecz nie zrobimy tego bez uprzedniego postawienia warunków, może redaktor, dla własnego dobra, skorzysta z nauki, jaką o błędach dał Bacon, następny uczony, w książce zatytułowanej Novum Organum. Dzieli on błędy na cztery kategorie, konkretnie idola tribus albo błędy natury ludzkiej, idola specus albo błędy osobiste, idola fori albo błędy języka i w końcu idola theatri albo błędy systemów. W pierwszym przypadku źródłem błędu jest niedoskonałość zmysłów, wpływ uprzedzeń i namiętności, przyzwyczajenie do oceniania wszystkiego za pomocą nabytych idei, nasza niezaspokajalna ciekawość, pomimo ograniczeń nałożonych na naszą duszę, skłonność, która prowadzi nas do odnalezienia większej liczby analogii pomiędzy rzeczami, niż ich jest w rzeczywistości. W drugim przypadku przyczyną błędu jest różnica pomiędzy duszami, jedne gubią się w szczegółach, inne w nadmiernym uogólnieniu, a także skłonność, jaką mamy do pewnych gałęzi wiedzy, co skłania nas do redukowania wszystkiego do nich. Co się tyczy trzeciego przypadku, przypadku błędów języka, zło polega na tym, iż często słowa nie mają żadnego znaczenia albo jest ono nieokreślone, albo można im przypisać różne znaczenia, i na koniec, w czwartym przypadku jest tyle błędów systemów, że nigdy byśmy nie skończyli ich wymieniać. Niechże więc skorzysta redaktor z tego katalogu, a osiągnie sukces, i niech też skorzysta z dobrodziejstw sentencji Seneki, przemilczanej, gdyż tak jest lepiej w dzisiejszych czasach, Onerat discentem turba, non instruit, maksyma lapidarna, którą wiele lat temu matka redaktora, nie znając łaciny i bardzo niewiele rozumiejąc z własnego języka, przekładała z nieustraszonym sceptycyzmem, Im więcej czytasz, tym mniej się uczysz.

Jednak zachowując coś z tych pytań i odpowiedzi, proszę potwierdzić, iż nie było błędem napisanie tego wszystkiego, bo w końcu zostało odnotowane tylko, że almuadem był niewidomy. Historyk, który mówi jedynie o minarecie i muezinie, może nie wiedzieć, że niemal wszyscy muezini w owym czasie i jeszcze długo potem byli niewidomi. A jeśli o tym wie, może wyobraża sobie, że powołaniem inwalidów jest śpiew modlitewny albo że społeczności mauretańskie rozwiązywały w ten sposób, częściowo, jak zawsze robiono i dalej będzie się robić, problem zatrudniania ludzi, którym brakowało cennego zmysłu wzroku. Jego to błąd tym razem, na każdego przychodzi kolej. Zgodnie z prawdą historyczną, proszę zapamiętać, almuademów wybierano spomiędzy niewidomych nie ze względu na humanitarną politykę zatrudnienia albo dzięki skierowaniu do pracy zgodnej z fizycznymi preferencjami, ale dlatego, żeby nie mogli mieć wglądu w intymność patio i tarasów, nad którymi z wysokości almadeny górowali. Redaktor nie wie już, skąd się tego dowiedział, z pewnością przeczytał w książce godnej zaufania, której czas nie poprawił, dlatego może teraz się upierać, że almuadenowie byli niewidomi, tak, proszę pana. Niemal wszyscy. Dopiero kiedy zdarzyło mu się o tym pomyśleć, nie potrafi powstrzymać wątpliwości, czy tym mężczyznom nie wykłuwano jaśniejących oczu, jak to robiono, a może nadal się robi słowikom, aby światło pozostało dla nich tylko głosem usłyszanym w mroku, ich własnym głosem, albo może tego drugiego, który potrafi tylko powtarzać wymyślane przez nas słowa, którymi staramy się wyrazić wszystko, dziękczynienie i przekleństwo, nawet to, na co nigdy nie będzie słowa, nienazwane.

 

Redaktor ma imię, brzmi ono Raimundo. Już czas najwyższy, byśmy poznali osobę, o której tak niedyskretnie mówiliśmy, jeżeli imię i nazwisko kiedykolwiek mogły wnieść coś nowego do znanych elementów opisu, wieku, wzrostu, wagi, budowy ciała, odcienia skóry, koloru oczu i włosów oraz ich rodzaju, czy są proste, kędzierzawe i kręcone, czy w ogóle już ich nie ma, tembru głosu, czystego czy chropawego, charakterystycznej gestykulacji, sposobu chodzenia, zważywszy na to, że jeśli nawet wiemy to wszystko, a czasem znacznie więcej, i tak nam to nie wystarcza, nie potrafimy nawet wyobrazić sobie, czego nam brakuje. Może tylko jednej zmarszczki albo kształtu paznokci lub grubości nadgarstka, może zarysu brwi albo dawnej i niewidocznej blizny lub nazwiska, które nie zostało wypowiedziane, w tym wypadku Silva, pełne imię i nazwisko brzmi Raimundo Silva, w ten sposób przedstawia się, kiedy musi to zrobić, pomijając Benvindo, którego nie lubi. Nikt nie jest zadowolony z tego, co przynosi mu los, taka jest ogólna prawda i Raimundo Silva, który nade wszystko powinien doceniać imię Benvindo, znaczące dokładnie to, co obwieszcza, witaj w życiu, mój synu, ale nie, drogi panie, nie lubi tego imienia, mawia, że na szczęście zanikła już tradycja, zgodnie z którą rodzice chrzestni decydowali o delikatnych kwestiach onomastyki, chociaż przyznaje, iż podoba mu się bardzo bycie Raimundem z powodu jakiegoś uroczystego czy pradawnego brzmienia tego słowa. Rodzice Raimunda spodziewali się otrzymać dla dziecka część dóbr pani, która została jego matką chrzestną, dlatego to, uchybiając tradycji każącej nadać chłopcu imię ojca chrzestnego, dodano imię kumy zmienione na rodzaj męski. Przeznaczenie nie zajmuje się wszystkimi sprawami w taki sam sposób, doskonale o tym wiemy, lecz w tym wypadku można rozpoznać pewną zbieżność pomiędzy dobrami, które nigdy nie przyniosły nic dobrego, i tak zdecydowanie odrzucanym imieniem, nie należy jednak podejrzewać istnienia związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy zawodem i odrzuceniem. W przypadku Raimunda Benvinda Silvy powody, które w pewnych momentach jego życia były przyczyną gorzkiej frustracji, dzisiaj są natury czysto estetycznej, bo niezbyt dobrze brzmią mu dwa gerundia obok siebie, oraz, by tak rzec, etycznej i ontologicznej, bo zgodnie z jego pozbawionym złudzeń rozumieniem jedynie bardzo czarna ironia mogłaby pozwolić wierzyć, że ktokolwiek jest rzeczywiście mile widziany na tym świecie, co nie zmienia faktu, że niektórzy są na nim doskonale ustawieni.

Z balkonu, krótkiego, starego wykusza pod drewnianym daszkiem, widać rzekę, ogromną niczym morze, które oczy potrafią ogarnąć pomiędzy promieniami czerwonej kreski mostu i mokradeł Pancas i Alcochete. Zimna mgła zasnuwa horyzont, przybliża go niemal na wyciągnięcie ręki, widzialne miasto zostało zredukowane do jednej ze swych części, z katedrą w połowie zbocza i tarasowo schodzącymi w dół dachami domów aż do mętnej, burej wody, w której przelotnie otwiera się biały wir, gdy przepływa szybki statek, inne pokonują odmęty z trudem, są ciężkie, jakby walczyły ze strumieniem rtęci, porównanie to stosowniejsze byłoby nocą, nie teraz. Raimundo Silva podniósł się z łóżka nie tak wcześnie, jak to ma w zwyczaju, pracował w nocy długo, przewlekle i kiedy wstał rano i otworzył okno, uderzyła go w twarz mgła gęstsza niż ta, którą widzimy o tej godzinie, w południe, kiedy to pogoda będzie się musiała zdecydować, czy się zachmurzyć, czy rozwiać, zgodnie z ludowym powiedzeniem. Wtedy wieże katedry były tylko zamazanym szkicem, z Lizbony zostało niewiele więcej niż zgiełk głosów i nieokreślonych dźwięków, rama okienna, pierwszy dach, samochód stojący na ulicy. Ślepy almuadem zawołał w przestrzeń rozjaśnionego poranka, szkarłatnego, a zaraz potem błękitnego, będącego kolorem powietrza pomiędzy ziemią, która tutaj jest, i niebem, które nas okrywa, gdybyśmy chcieli uwierzyć swoim niedoskonałym oczom, z którymi przyszliśmy na świat, lecz redaktor, dziś niemal ślepy, jak almuadem, ledwie coś burknął, w sposób charakterystyczny dla kogoś, kto źle spał i kręcił się po męczących snach o oblężeniu, mieczach, pałaszach i procach, po przebudzeniu rozdrażniony tym, że nie może sobie przypomnieć, jak są zbudowane te wojenne machiny, mówimy o procach, a o głębokich rozmowach śnionych postaci również wiele moglibyśmy powiedzieć, ale nie ulegajmy więcej pokusie wyprzedzania faktów, teraz powinniśmy jedynie żałować straconej sposobności dowiedzenia się, jakimi machinami były owe proce, jak się je ładowało i uruchamiało, bo nierzadko w snach objawiają się wielkie tajemnice, a pośród nich nie wymieniamy numerów wygranej na loterii, co jest wielkim banałem, niegodnym szanującego się miłośnika snów. Jeszcze w łóżku Raimundo Silva, zakłopotany, zapytywał samego siebie, dlaczego ciągle myśli o procach zwanych po portugalsku balearycznymi albo fundibulos, jak też mawiano, trafiając z jednakową skutecznością, baleary nie mają pewnie nic wspólnego z wyspami o tej samej nazwie, pochodzą od balas, czyli pocisków, a pociski, jak wiemy, są kulami, kamieniami, które maszyny wystrzeliwują w mury i ponad nimi, żeby spadały na domy i przerażonych ludzi w środku, ale pocisk nie jest słowem z tamtych czasów, słów nie można lekkomyślnie przenosić stąd tam i stamtąd tu, zaraz pojawia się ktoś, kto mówi, Nie rozumiem. Zasnął, leżał tak dziesięć minut, a obudziwszy się ponownie, teraz z jasnym umysłem, odsunął od siebie myśli o machinach, które uparcie powracały i pozwolił, by obrazy mieczy i szamszirów [?] zawładnęły jego duszą, uśmiechnął się w półmroku sypialni, bo doskonale wiedział, iż chodziło o typowe symbole falliczne, z pewnością przywołane do snu przez Historię oblężenia Lizbony, lecz zakorzenione w nim samym, jeśli ktoś wątpi w to, że broń sieczna i kłująca ma pewnie wbite korzenie, wystarczy rzucić okiem na puste łóżko obok niego, aby wszystko zrozumieć. Leżąc na plecach, skrzyżował ramiona, tak że zasłaniały oczy, wymamrotał zupełnie banalnie, Kolejny dzień, nie słyszał almuadema, jak sobie radził głuchy Maur, żeby nie opuścić modlitwy, szczególnie z rana, pewnie prosił sąsiada, W imię Allacha, wal w drzwi mocno i nie przestawaj walić, dopóki nie wyjdę otworzyć. Cnota nie jest łatwa do praktykowania jak nałóg, ale można jej dopomóc.


Еще несколько книг в жанре «Современная проза»

Валенсия, Марк Ренуар Читать →

Повести, Джером Сэлинджер Читать →