Размер шрифта:     
Гарнитура:GeorgiaVerdanaArial
Цвет фона:      
Режим чтения: F11  |  Добавить закладку: Ctrl+D
Следующая страница: Ctrl+→  |  Предыдущая страница: Ctrl+←
Показать все книги автора/авторов: Chmielewska Joanna
 

«ZЕ‚ota mucha», Joanna Chmielewska

Иллюстрация к книге

Wszystkie trzy tragedie rozegrały się w tym samym miejscu i zapewne tego samego dnia. Dzień musiał być piękny, słoneczny, upalny, taki w którym drzewa pocą się z gorąca. Pociły się też w tym tropikalnym upale właściwą sobie substancją: żywicą.

Rosły owe sosny jakoś rozmaicie, nie tylko w wodzie i nie tylko na suchym gruncie, albo może z wody wyrastały kwiaty, wabiące barwą i wonią, bo na jednym pożywiał się motyl. Składał i rozkładał ogromne, kolorowe skrzydła, nie przeczuwając niebezpieczeństwa, i właśnie w momencie, kiedy je rozłożył, z góry spłynęła kropla. Kapnęła tuż obok, wielka i ciężka, nie zahaczyła porządnie ani motyla, ani kwiatka, zaledwie musnęła całą grupę, ale to wystarczyło, żeby z wnętrza roślinki i ze skrzydła motyla podniósł się obłok pyłu. Mała, gęsta chmurka, którą zgarnęła następna spadająca kropla. Trafiła w nią, skupiła mikroskopijne drobiny i razem z tym pyłkiem dołączyła do poprzedniej. Kwiatek wytrzymał, ale motyl zginął, bo bez pyłku na skrzydłach motyl żyć nie może.

Woda musiała tam być, skoro nieźle wyrośnięty narybek lęgnął się z ikry. Ktoś zawsze pozostaje ostatni i ta ostatnia rybka nie zdążyła. Liczne rodzeństwo odpłynęło, a ona została, jeszcze z jajeczkiem na ogonku, dognana tonącymi w wodzie gęstymi, potężnymi kroplami.

Wielka, złota mucha usiadła dla odpoczynku na odstającym kawałeczku kory u podnóża drzewa. Rozpostarła lśniące skrzydełka, czyściła je, z lubością rozkładała do słońca, poruszała nóżkami i kręciła łebkiem. Nie widziała swojego nieszczęścia, które spływało z góry, rosnąc stopniowo jak lawina. Krople żywicy połączyły się w strumień, zatrzymały na moment na drobnej nierówności, po czym spadły razem, całym ciężarem. Prosto na nią. Mucha nie zdołała uczynić nic, zamarła, unieruchomiona lepką substancją, która otoczyła ją dookoła. I tak zdechła w tej nieruchomości, nie mając najmniejszego pojęcia, że dzięki katastrofie zachowa na wieki swoją urodę i zyska nieśmiertelność. Nie mogła także wiedzieć, iż w całe wieki później istoty podobno wyższego rzędu, które na razie jeszcze nie zdążyły się pojawić na młodej i pięknej Ziemi, będą się dla niej i przez nią zabijać…

 

MinД™Е‚o przeszЕ‚o dwadzieЕ›cia milionГіw lat.

 

Zima akurat trzymaЕ‚a rzetelna i morze zamarzЕ‚o aЕј po SzwecjД™. Po twardej skorupie lodu moЕјna byЕ‚o dojЕ›Д‡ do horyzontu i chyba nawet kawaЕ‚ek dalej, o ile wczeЕ›niej nie zЕ‚amaЕ‚o siД™ nogi na bryЕ‚ach, rozpadlinach, dziurach, baЕ‚wanach Е›nieЕјnych, stwardniaЕ‚ych na granit, i wszelkich innych nierГіwnoЕ›ciach. WzdЕ‚uЕј brzegu leЕјaЕ‚y waЕ‚y i gГіry lodowe na cztery metry wysokie, w peЕ‚ni godne okolic polarnych, bardziej to wyglД…daЕ‚o na biegun pГіЕ‚nocny niЕј na MierzejД™ WiЕ›lanД…. OgГіlna sytuacja przedstawiaЕ‚a siД™ beznadziejnie.

Mróz trzymał, ale słońce przyświecało i nawet próbowało grzać, uwzględniając fakt, że nadszedł początek marca i zima szalała bezprawnie. Wysilało się do tego stopnia, że gdzieniegdzie, po lądowej stronie wału, od południa, roztapiało odrobinę wierzchnią skorupę zamarzniętej w grudniu wody. Dawało się tę skorupę niekiedy rozbić, a pod nią leżały śmieci bursztynowe.

– Był wyrzut, akurat jak te mrozy złapały – powiedział do mnie smętnie Waldemar. – Wielki sztorm i zaraz potem, ledwo ucichło i morze zaczęło siadać, przyszedł mróz. W jedną noc zamarzło i do tej pory trzyma, sama pani widzi.

– Przecież już marzec, powinno się ruszyć – odparłam z takim oburzeniem, jakby to on nie dopełniał obowiązku ruszenia.

– Ano, powinno. Ale najpierw ruszy Zalew. Jakby zaczął, usłyszymy. Postrzela.

OЕјywiЕ‚am siД™.

– Jest nadzieja?

Waldemar z powД…tpiewaniem popatrzyЕ‚ w kuchenne okno, ktГіre wychodziЕ‚o na poЕ‚udnie.

– Nadziei to nie ma, ale już bym samochodem do Tolkmicka nie jechał.

OЕјywiЕ‚am siД™ bardziej.

– Jak pan by nie jechał, znaczy, lada chwila pokaże się woda…

Jeśli ktokolwiek mógłby się jeszcze wygłupić z jazdą samochodem przez coraz słabiej zamarznięty Zalew, ryzykantem bez wątpienia byłby Waldemar. Przy grubym lodzie jeździli wszyscy czym popadło, motorami, dżipami, samochodami osobowymi, nawet ciężarówkami. Do Tolkmicka i Fromborka było w ten sposób znacznie bliżej niż okrężną drogą lądową, jechało się kwadrans, zamiast półtorej godziny, do Elbląga również Zalew skracał drogę. Mieli już bez mała wyjeżdżoną autostradę, dowcipkowali sobie, kręcąc się na lodzie, skakali przez zamarznięte wały, robili zawody i konkursy, a Waldemar od wczesnej młodości w tych szataństwach celował. Kiedy jednakże lód cieniał, nikt się już tam nie pchał. Z pewnością Waldemar jechał tą trasą ostatni.

W dwa dni później owszem, na Zalewie strzeliło parę razy, cała płaszczyzna zaczęła zmieniać kolor, biel gdzieś znikła, zostały tylko pagórkowate kry, jakby lodowe piramidki na szaroniebieskiej tafli, a między nimi pojawiły się wyraźnie widoczne szczeliny. Woda zaczęła chlupać, w porcie zaroiło się przy łodziach, morze jednak wciąż trwało w nie zmienionej postaci.

Tęsknym okiem patrzyłam na ten podbiegunowy krajobraz, włócząc się po brzegu z niejakim wysiłkiem i z ciężkim sercem, bo właśnie świeżutko straciłam wymarzonego mężczyznę, zdaje się, że bezpowrotnie. Przyjechałam tu, żeby się pocieszyć, z nadzieją odzyskania jakiej takiej równowagi uczuciowej. Nic mi nie robiło lepiej niż morze, chwilowo jednak morze było niepodobne do siebie, błąkałam się zatem codziennie po zlodowaciałych górach i wądołach, czekając na jego powrót do właściwej postaci, aż do chwili kiedy wpadłam nogą w lodową rozpadlinę i zgniotłam kostkę w stopie. Posyczałam chwilę, wypowiadając wiele słów, dawnymi czasy źle widzianych w druku, i zbuntowałam się. Dosyć tej sercowej terapii, nie idę jutro na plażę, zrobię sobie ulgowy dzień.

Do podejmowania gЕ‚upich postanowieЕ„ zawsze miaЕ‚am szczД™Е›cie.

WstaЕ‚am pГіЕєniej i w sposГіb rozlazЕ‚y, bez Ејadnego poЕ›piechu, przystosowaЕ‚am siД™ do Ејycia. Zdaje siД™, Ејe nawet zjadЕ‚am Е›niadanie. Po czym ubraЕ‚am siД™ byle jak i poszЕ‚am do sklepu.

Kiedy wrГіciЕ‚am gdzieЕ› koЕ‚o godziny pierwszej, torba z zakupami omal nie wyleciaЕ‚a mi z rД…k. MyЕ›laЕ‚am przez chwilД™, Ејe Еєle sЕ‚yszД™ albo nie rozumiem po polsku. Waldemar wisiaЕ‚ na sЕ‚uchawce i gorД…czkowo zwoЕ‚ywaЕ‚ braci na bursztyn.

U podnГіЕјa schodГіw staЕ‚ jego syn, Mieszko, mЕ‚odzieniec znany mi prawie od chwili urodzenia.


Еще несколько книг в жанре «Иронический детектив»

Седьмой грешник, Элизабет Питерс Читать →

Улица Пяти Лун, Элизабет Питерс Читать →