Размер шрифта:     
Гарнитура:GeorgiaVerdanaArial
Цвет фона:      
Режим чтения: F11  |  Добавить закладку: Ctrl+D
Следующая страница: Ctrl+→  |  Предыдущая страница: Ctrl+←
Показать все книги автора/авторов: Chmielewska Joanna
 

«Babski Motyw», Joanna Chmielewska

Иллюстрация к книге

– Ty, słuchaj – powiedziała już w progu mojego domu wracająca ze służbowego spotkania Martusia. – Jakaś baba leży pod wierzbą koło twojego śmietnika. To śmietnik chyba, nie?

RzuciЕ‚am okiem w kierunku wierzby. ЕљciemniaЕ‚o siД™ juЕј nieco.

– Teoretycznie śmietnik, chociaż nie mam jeszcze umowy ze śmieciarzami. Bo co?

– Bo mówię, baba leży.

– No to co?

– To może powinno się coś zrobić? Może ona pijana?

WciД…Еј jeszcze sens informacji do mnie nie docieraЕ‚. ZЕ‚a byЕ‚am.

– No i cóż takiego, żałujesz jej? Niech sobie wytrzeźwieje w zieleni. Nikt jej tam chyba nie przejedzie? Wzdłuż leży czy w poprzek?

Martusia z roztargnieniem rozejrzała się po przedsionku, powiesiła torbę na wieszaku, rzuciła na szafeczkę stos teczek i zaczęła zmieniać własne obuwie na moje ranne pantofle.

– Tak jakoś geometrycznie zgięta. Ale nie, daleko nie wystaje. Słuchaj, czy ciebie to wcale nie obchodzi? Ostatecznie to jest twój dom, twój śmietnik i twoja wierzba!

– Wierzbie nie zaszkodzi, w środku rośnie. A co do baby…

ZawahaЕ‚am siД™. Gdybym nie byЕ‚a taka zЕ‚a z rГіЕјnych przyczyn, zainteresowaЕ‚abym siД™ z pewnoЕ›ciД… normalnie, jak czЕ‚owiek. Ale zЕ‚oЕ›Д‡ jeszcze we mnie tkwiЕ‚a solidnie i byЕ‚am przeciwna Е›wiatu, babie, a nawet wЕ‚asnej wierzbie, ktГіra, jak BГіg na niebie, Ејadnych zЕ‚oЕ›liwoЕ›ci nigdy mi nie robiЕ‚a. No, poza tym, Ејe raz sprГіbowaЕ‚a walnД…Д‡ mnie w oko, tu jednakЕјe zawiniЕ‚am raczej ja.

Martusia niezdecydowanie utkwiЕ‚a w progu kuchni.

– A może byś ją chociaż poszła zobaczyć? Bo potem będzie, że ja mam jakieś zwidy albo co. Gdyby leżała u mnie, przynajmniej wyjrzałabym przez okno.

– Przez moje okno tamtego miejsca nie widać. No dobrze, mogę spojrzeć…

I nagle oЕјywiЕ‚am siД™.

– Czekaj, zrobię jej fotografię! Na wszelki wypadek. Żeby nie było, że też latają po mnie zwidy, a poza tym dosyć mam już tego zajmowania parkingu pod moim ogrodzeniem! Gdzie aparat…?

Obie wyszЕ‚yЕ›my na zewnД…trz w rannych pantoflach, na szczД™Е›cie byЕ‚o sucho, a Е›mietnik znajdowaЕ‚ siД™ o dziesiД™Д‡ metrГіw od furtki. Aparat fotograficzny otworzyЕ‚am po drodze.

Rzeczywiście, pod drzwiczkami mojego śmietnika leżała trochę skulona postać ludzka, robiąca wrażenie kobiety. W czarnych spodniach, czegóż te baby tak uporczywie noszą spodnie…? Wpadły w szał na tle emancypacji, niech im będzie, chcą rządzić, też niech im będzie, ale do rządzenia wszak służy całkiem inna część ciała, nie ta od spodni, mogłyby rządzić i w kieckach… Rude włosy zasłaniały jej twarz, a spod spodni wystawały pantofle na wysokich obcasach, a…! To stąd wrażenie kobiety, włosy o niczym nie świadczą, ale na takich obcasach mężczyźni jeszcze nie chodzą. Chwalić Boga, nie potrafią, dobre i tyle… Zrobiłam dwa zdjęcia, błyskając fleszem, po czym, z dużym oporem, zgodziłam się pomyśleć. Martusia stała za moimi plecami.

– Ona jakoś źle wygląda, wiesz? – zakomunikowała z niesmakiem. – Jeśli jest chora, będziemy robić za nieludzkie potwory.

– Jeśli nie jest przestępczynią, humanitaryzm w stosunku do niej nie obowiązuje ani nas, ani nikogo – odparłam zimno. – Tylko złoczyńcę w tym kraju należy oszczędzać, chronić i ratować. Mogę gdzieś zadzwonić, o ile ta parszywa komórka z czymkolwiek mnie połączy. Musiałaś ją zobaczyć?

– Nie – wyznała Martusia natychmiast. – Ale jakoś wpadła mi w oko i z ciekawości podeszłam…

– A mało że wierzba zwisa, to jeszcze zielskiem przykryta. To piołun i lebioda, sama je wyrwałam z tej górki piasku, którą widzisz, piasek mój, i wcale nie piasek, tylko tak zwana ogrodnicza ziemia.

– I przykryłaś ją…?

– Kogo? Tę ziemię?

– Nie. Tę facetkę.

– Naprawdę myślisz, że ona tu leży od trzech tygodni? Zielska wyrwałam trzy tygodnie temu! Widzisz przecież, że suche!

– Ja się nie znam na zielskach – westchnęła Martusia żałośnie. – Ale masz rację, że zasłaniają. Trochę.

Stałyśmy przez chwilę, wpatrzone w leżącą postać.

– Tadeusz dzisiaj będzie? – spytała nagle Martusia.

– Będzie, cholera, ale późno, już był i pojechał, dlatego jestem wściekła, drugi raz muszę autoryzować kretyństwa. Witek też będzie, czego on mi truje alarmami, czy tych rzeczy oni nie potrafią załatwić beze mnie…?!

– Przecież to ty musisz zapłacić!

– No to zapłacę, czyś ty widziała, żebym ja dzień w dzień żarła kawior, bażanty w maladze i ostrygi…?!

– Ostrygi widziałam…

– Przecież nie tu! We Francji! Nad Atlantykiem! Tam są tańsze niż kartofle!!!

– Są, są, z pewnością – zgodziła się Martusia pośpiesznie – ale co to ma do rzeczy?

– A to, że na żarcie nie wydaję! Futro u mnie widziałaś?!

– Nie wiem, czy tę kurteczkę można nazwać futrem…

– Po kosmetyczkach nie latam, odzież mam w nosie, na biżuterię kicham, dzikich ryków muzyki rąbanej za próg domu nie wpuszczę, pół litra wódki stoi u mnie trzy lata, a szampan leży od zeszłego roku! To na co ja mam wydawać pieniądze…?!


Еще несколько книг в жанре «Иронический детектив»