Размер шрифта:     
Гарнитура:GeorgiaVerdanaArial
Цвет фона:      
Режим чтения: F11  |  Добавить закладку: Ctrl+D
Следующая страница: Ctrl+→  |  Предыдущая страница: Ctrl+←
Показать все книги автора/авторов: Hitchcock Alfred
 

«GadajД…cy Grobowiec», Alfred Hitchcock

Иллюстрация к книгеNOWE PRZYGODY TRZECH DETEKTYWГ“W

 

PrzeЕ‚oЕјyЕ‚a: KRYSTYNA BOGLAR

ROZDZIAЕЃ 1. DZIWNY KLIENT

Jupiter Jones nudziЕ‚ siД™ jak mops. CzekaЕ‚ w Kwaterze GЕ‚Гіwnej na Boba Andrewsa i z tej piekielnej nudy niedzielnego popoЕ‚udnia skrobaЕ‚ Е‚yЕјkД… o dno kubka, ktГіry jeszcze dziesiД™Д‡ minut temu byЕ‚ peЕ‚en lodГіw cynamonowych.

– Wywiercisz dziurę! – warknął Pete Crenshaw, odkładając na bok hantle. Jego muskularne ciało połyskiwało warstewką oliwki kosmetycznej. Jak większość sportowców dbał o skórę. – I powiem ci coś jeszcze…

– Co? – Łyżka zawisła w powietrzu.

– Zżerasz już drugi kubek lodów.

Jupiter poczuЕ‚ siД™ uraЕјony.

– To nie jest dawka śmiertelna! Gdzie ten Bob?

– Nie mam pojęcia. Kiedy telefonował, żądając spotkania, był niezwykle tajemniczy. O, jest! A raczej… są!

Jupiter z żalem porzucił plastikowy kubek. Nic a nic nie dało się więcej wylizać.

– Jak to: są?

– Słyszę podwójne kroki.

Drzwi Kwatery Głównej otwarły się, wpuszczając światło słoneczne, cztery muchy, Boba i nieznajomego mężczyznę z tak gęstym zarostem, że nie było widać rysów twarzy.

– Nasz nowy klient – oświadczył rozpromieniony Bob, prowadząc gościa do jedynego nieuszkodzonego fotela.

– Bardzo mi miło – mruknął Jupiter Jones, wrzucając kubek do skrzynki na odpadki. – Jak się pan nazywa?

Nieznajomy przesunД…Е‚ dЕ‚oniД… po twarzy ukrytej w gД™stwinie zarostu.

– Problem w tym, że… nie wiem!

Bob radośnie klepnął Pete’a w ramię.

– I o to chodzi, panowie detektywi. Mortimer nie wie, ani kim jest, ani jak się nazywa. Nie wie nawet, skąd pochodzi.

– Mortimer? – Pete wycierał się szorstkim ręcznikiem, tu i ówdzie poplamionym oliwką. – Więc choć tyle wiadomo, że ma na imię Mortimer. A może to nazwisko?

Bob usiadЕ‚ przy komputerze.

– Nie tędy droga, Pete. To ja nazwałem pana “NN” Mortimerem. Jakoś musiałem się do niego zwracać. Przypomniałem sobie, że pierwowzór myszki Miki nazywał się Mortimer. Tak sobie wymyślił Walt Disney. Myszka miała być początkowo… myszkiem. No… rodzajem męskim. Właśnie Mortimerem.

– Aha – wymruczał Jupiter Jones, czując zbliżającą się nieuchronnie czkawkę, skutek obżarstwa. – Co możemy… upp… dla pana zrobić?

Bob radośnie zacierał palce. Od jakiegoś czasu detektywi byli bezrobotni. Potrzebowali pracy jak kania dżdżu. Jak Jupiter lodów cynamonowych. Każda sprawa mogła uratować ich szare komórki od stagnacji i kompletnej suszy.

– Musimy się dowiedzieć, kim jest Mortimer!

Nieznajomy skinД…Е‚ kudЕ‚atД… gЕ‚owД…. DЕ‚ugoЕ›Д‡ wЕ‚osГіw wskazywaЕ‚a, Ејe fryzjera nie widziaЕ‚ od miesiД™cy. Co najmniej dwГіch. Albo trzech.

– To moje marzenie – wyszeptał.

Jupiter przestał walczyć z czkawką. Nie, “NN” nie był lumpem sypiającym w kanałach. Koszulę miał czystą, choć sfatygowaną. Para dżinsów, oprócz nieco obszarpanych nogawek, nie przypominała oblepionych błotem spodni sezonowych robotników budowlanych. Jego angielski brzmiał poprawnie. Z lekkim akcentem ludzi długo mieszkających na Wschodnim Wybrzeżu. To mogło świadczyć, że nie był również imigrantem.

– Co pan pamięta?

KudЕ‚aty rozЕ‚oЕјyЕ‚ dЕ‚onie. Bezwarunkowo naleЕјaЕ‚y do czЕ‚owieka, ktГіry nigdy nie uprawiaЕ‚ tytoniu, nie grzebaЕ‚ w ziemi, nie taplaЕ‚ siД™ w teksaskiej ropie naftowej. W ogГіle nie uЕјywaЕ‚ rД…k do pracy.

 

– Niewiele. Kiedy się obudziłem trzy dni temu nad ranem, mój zegarek wskazywał północ, a datownik – czternasty dzień czerwca dwutysięcznego roku.

– Czerwca? – zdumiał się Crenshaw. – Mamy październik. Rok się zgadza. Prezydentem jest wciąż Clinton, a dziura ozonowa powędrowała znad Meksyku do Grenlandii.

– Nic z tego nie rozumiem – nieznajomy zapatrzył się w komputer – miałem kiedyś taki…

Bob ucieszyЕ‚ siД™. WЕ‚Д…czyЕ‚ przycisk. Ekran rozjarzyЕ‚ siД™ bЕ‚Д™kitnД… poЕ›wiatД…. PojawiЕ‚a siД™ koperta i napis: odbierz e-mail!

– Ktoś do mnie? – kliknął myszą. – Patrzcie! Serduszko! To musi być list miłosny do Crenshawa.

Z ekranu uЕ›miechaЕ‚a siД™ czarnowЕ‚osa piД™knoЕ›Д‡ o lekko wystajД…cych koЕ›ciach policzkowych.

– Vanessa! – warknął Jupiter. Nie znosił wielbicielek Pete’a. Pewnie z zazdrości, ale wolał o tym nawet nie myśleć. – Wyłącz ją, Bob! Nie mamy czasu na głupoty.


Еще несколько книг в жанре «Детские остросюжетные»

Секрет салона красоты, Екатерина Вильмонт Читать →

Сыскное бюро «Квартет», Екатерина Вильмонт Читать →

В подручных у киллера, Екатерина Вильмонт Читать →